Historia naszej Sisi, która nagle zaczęła gasnąć…

Są takie przypadki, których nie planuje się opisywać. Takie, które przychodzą nagle – razem z bezsilnością, bólem i pytaniem: „Czy można zrobić jeszcze cokolwiek?”


To nie jest historia spektakularnego „cudu”. To historia starego psa, cierpienia, trudnych decyzji i próby przywrócenia choć odrobiny komfortu tam, gdzie wydawało się, że organizm powoli się poddaje.


I zanim przeczytasz dalej – ważne zastrzeżenie:
nie zajmuję się leczeniem zwierząt. Nie prowadzę konsultacji weterynaryjnych i uważam, że praca ze zwierzętami wymaga znajomości ich fizjologii, zachowań oraz specyfiki gatunku i rasy. W tym przypadku zrobiłam wyjątek, ponieważ chodziło o psa członków mojej rodziny. Nie potrafiłam patrzeć na jej cierpienie.


Jeszcze przed świętami wielkanocnymi funkcjonowała stosunkowo normalnie jak na swój wiek.
Starsza, niedosłysząca, słabiej widząca, ale nadal obecna w codziennym życiu domowników.


Po świętach wszystko zaczęło zmieniać się bardzo szybko. Najpierw pojawiła się apatia. Potem narastający niepokój. Coraz większe problemy z jedzeniem.


Weterynarz wykonał USG. Badanie wykazało powiększoną wątrobę i pęcherz moczowy – dostała antybiotyk. Wdrożone leczenie nie przyniosło poprawy. Wręcz przeciwnie – po lekach jej stan był jeszcze gorszy. Suczka zaczęła:

  • chować się po kątach,
  • popiskiwać,
  • reagować agresją przy próbie podania czegokolwiek do pyska,
  • leżeć całymi dniami bez ruchu.


Właściciele opisywali dźwięki, które wydawała, jako „przerażające”, wyraźnie bólowe, zaczęła również załatwiać pod siebie potrzeby fizjologiczne.


W homeopatii klasycznej nie dobiera się remedium do nazwy choroby. Nie interesowało mnie więc samo „powiększenie wątroby”. Kluczowy był obraz całości. Najbardziej charakterystyczne były:

  • wyraźne pogorszenie przy ruchu i manipulacji,
  • potrzeba spokoju,
  • pozostawanie przez długi czas w jednej pozycji,
  • reakcja obronna przy próbie podnoszenia lub podawania czegokolwiek,
  • wycofanie,
  • niechęć do kontaktu,
  • leżenie „zwinięte w ból”.


Właściciele mówili: „Jakby chciała tylko, żeby dać jej święty spokój.” To był moment, w którym obraz zaczął układać się bardzo wyraźnie. 


Choć początkowo rozważałam jeszcze inne opcje, ostatecznie zdecydowałam się na podanie – Bryonia alba. Nie dlatego, że „jest na wątrobę”. Nie dlatego, że „jest na ból”. Ale dlatego, że odpowiadała obrazowi cierpienia, który obserwowaliśmy. Preparat homeopatyczny został umieszczony w misce z wodą, z której Sisi zawsze pije.


Nie wydarzył się jakiś spektakularny cud. Nie „odmłodniała”. Nie wróciła od razu do pełni sił. Ale następnego dnia wydarzyło się coś bardzo ważnego. Sisi:

  • zaczęła normalniej jeść,
  • zaczęła pić,
  • wstawała i chodziła po domu,
  • przestała wydawać ciągłe dźwięki bólowe.


Właściciel powiedział też coś, co poruszyło mnie chyba najbardziej: „Pierwszy raz od wielu dni zobaczyliśmy, że śpi spokojnie.” Dla wielu osób może brzmieć to niepozornie. Ale każdy, kto opiekował się cierpiącym zwierzęciem, wie, jak ogromne znaczenie ma spokojny sen.


Nie mogę tego stwierdzić. I bardzo zależy mi na tym, żeby to wybrzmiało jasno. Na dzień dzisiejszy nie wiem, jaka była dokładna przyczyna problemów Sisi i czy zostały one rozwiązane. Mogę jedynie uczciwie opisać to, co zaobserwowali właściciele:

  • poprawę komfortu,
  • zmniejszenie obrazu cierpienia,
  • poprawę funkcjonowania starego psa.


W mojej ocenie – właśnie takie przypadki najlepiej pokazują, czym homeopatia klasyczna różni się od myślenia objawowego.


Nie chodzi o walkę z nazwą choroby. Chodzi o próbę zrozumienia, jak cierpi konkretny organizm.


Ten przypadek przypomniał mi coś bardzo ważnego: czasem największym sukcesem nie jest „wyleczenie”. Czasem sukcesem jest:

  • spokojny sen,
  • ulga w cierpieniu,
  • możliwość zjedzenia posiłku. 


Zwłaszcza wtedy, gdy wszyscy wokół zaczynają tracić nadzieję.


Jeśli czytasz ten tekst jako właściciel zwierzęcia — pamiętaj: homeopatia nie zastępuje diagnostyki weterynaryjnej ani opieki lekarskiej.Ten wpis nie jest poradą weterynaryjną ani zachętą do samodzielnego leczenia zwierząt. To jedynie opis wyjątkowej historii, która wydarzyła się bardzo blisko mnie.


A Sisi? Dalej jest starym, schorowanym pieskiem. Ale dziś, zamiast tylko leżeć i piszczeć z bólu, potrafi jeszcze wstać, przejść się po domu i spokojnie zasnąć na kolanach swojego właściciela. I czasem właśnie to znaczy naprawdę dużo. 🐾  Z resztą zobaczcie sami jak Sisi wyglądała przed podaniem homeopatii, a jak już dzień po: